1. Dzień był bardzo chudy, zmizerniał. Przelewające się nad głową chmury zmniejszały przestrzeń działania.
Ograniczony ich bezmyślnym (uświęconym) ruchem posuwałem na przód brak-istnienie, moją istotę. Toczyłem siebie prosto po wszystkich drogach, dróżkach i przesmykach, aż doszedłem do ciebie. Nie zatrzymany wchłonąłem twą istotę, o Pani, i pospacerowałem dalej, zapalając papierosa.
2. Zatoczyłem dokładne koło, powracając do pkt. wyjścia. Przez ten czas (czas to nieprecyzyjne wyrażenie - w tym procesie jest nieistotny) nie istniałem. W tym czasie (jw.) nieistnienie było mną i vice-versa. Nie posiadłem niczego, niczego też nie straciłem. Ktoś pożyczył mi trzy stare filmy z moim życiem, ale nie były warte by je oglądać, i nie chodzi o moje życie - ono ma wartość, jego wspomnienie nie ma wartości, jest ułudą na którą brak czasu (czas to nieprecyzyjne wyrażenie - po drzwiach jest nieistotny).
3. Zaraz po tym jak zapomniałem, zacząłem nieśmiało uśmiechać się do cichych myśli, odruchów niemal-że-bez-warunkowych. Wydały się takie blade i bezbronne gdy zestawić je z krajobrazem. To drzewo tam, powykręcane zanieczyszczeniem, ze swymi gałęźmi do nieba prosto chce byś je przytulił: